Koty i ludzie - wywiad z Prezesem Ha na portalu Calisia

 

Koty i ludzie. Rozmowa z Sylwestrem Piechowiakiem z Kaliskiego Stowarzyszenia Help Animals
Rozmowę przeprowadziła Mirka Zybura


Niezależne i pożyteczne, towarzyszą ludziom od zawsze. Przemykają cicho po ulicach, współtworząc miejską faunę. Wymagają naszej uważnej opieki, chociaż z pozoru są bardzo samodzielne i tajemnicze. O problemach i potrzebach kotów wolno żyjących, przy okazji obchodzonego 17 lutego Międzynarodowego Dnia Kota, rozmawiamy z Sylwestrem Piechowiakiem, prezesem Kaliskiego Stowarzyszenia Pomocy dla Zwierząt Help Animals.


– Jaką rolę spełniają koty w miejskiej przestrzeni?


- Koty są nierozerwalnie związane z infrastrukturą miasta i z człowiekiem. Przede wszystkim są pożyteczne, bo zwalczają gryzonie. Nawet jeśli nie złapią szczura czy myszy, to już sam zapach kota je odstrasza. Jest dużo kotów wolno żyjących. Wszystko polega na tym, żeby zachować równowagę biologiczną, w miarę możliwości sterylizować, bo nadpopulacja kotów też nie jest niczym dobrym. Na każdym osiedlu żyje po kilka, kilkanaście kotów. Żyją w piwnicach, krzakach. Nie wymagają wiele od człowieka – oby ich tylko nie krzywdził i dał coś do jedzenia. Wszedzie są ludzie, którzy pomagają kotom, ale w wielu przypadkach to kole innych w oczy, łącznie z administracją budynków. Dochodzi do tego, że zamyka się okienka piwniczne i otwory budowlane, żeby koty nie mogły wejść do piwnic czy innych pomieszczeń.

- Z czego może to wynikać? Dlaczego ludzie są niechętni kotom?


- Ludzie przypuszczają, że przez koty jest bród i lęgną się pchły; że koty załatwiają się tam, gdzie przebywają. To nieprawda. Koty załatwiają się na dworze. Ludzie boją się pcheł i chorób przenoszonych przez koty. Kocie choroby nie przenoszą się na ludzi. Koty wolno żyjące z reguły chorują na koci katar, jest wśród nich duża śmiertelność. Pewnie byłoby inaczej, gdyby lokalne społeczności zmieniły podejście.
Mieliśmy takie przykłady na ulicach Złotej i Szopena. Na Złotej mieszkańcy twierdzili, że przez koty są pchły w budynku. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, od czego są te pchły. Mieszkańcy nie utrzymywali elementarnych zasad czystości. W piwnicach było wszystko: rozkładająca się żywność, stare szmaty. Najłatwiej było to zrzucić na koty. Potem ściągnięto nas i straż miejską, żebyśmy wyprowadzili wolno żyjące koty z budynku. Nie ma praktycznie takiej możliwości, żeby dzikie zwierzęta wyprowadzać na smyczach. Właścicielka budynku powoli je poodławiała i przewiozła w inne miejsce. Na Szopena z kolei było zupełnie inaczej. Koty żyły w nieużywanym garażu. Któregoś dnia administracja rozebrała garaż i wycięła okoliczne krzaki. Na betonie, między samochodami zostało kilkanaście kotów. Sytuacja była tragiczna. Część zwierząt wyłapaliśmy, pozostałe koty łapali mieszkańcy. Złapali pięć kotów, wsadzili do worka i czekali na nas. Cały dzień te koty siedziały w worku. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, jeden był już martwy. Uratowaliśmy stamtąd siedem kotów. Pięć jest jeszcze u nas. Przenieśliśmy je do Chełmc i tam już chyba zostaną.

– Podjęliście się przygotowania mapy kotów w Kaliszu. Czy możemy powiedzieć już, ile mamy kotów w mieście?


- Próbowaliśmy zrobić tę mapę, ale to chyba nic nie da. Kotów jest wszędzie bardzo dużo i nie podejmę się policzyć, ile ich jest naprawdę. Rejon Śródmieścia, ulic Złotej, Szopena, plac Świętego Józefa, nowe osiedla – są wszędzie. Z reguły jest po kilkanaście kotów. Wiemy, kto się nimi opiekuje. To już jest bardzo cenne. Mamy z tymi ludźmi stały kontakt. Udało nam się zlokalizować większe skupiska kotów. Sięga to do działek na ulicy Pogodnej w Szczypiornie. Nie da się przygotować mapy kotów jako takiej, bo koty są wszędzie między ludźmi w mieście.

- Jak można pomóc dzikim, wolno żyjącym kotom?


- Przede wszystkim umożliwić im dostęp do jakichś pomieszczeń, żeby miały się gdzie schować: na przykład otworzyć okienko piwniczne czy jakąś nieużywaną szopę, postawić pod balkonami skrzynki. Na ulicy Pułaskiego w nieużywanej wózkowni zrobiono pokoik dla dzikich kotów. Są dokarmiane, dba się tam o ich czystość.

- A pożywienie? Trzeba je dokarmiać?


- No, one sobie same niby znajdują jedzenie, ale też chętnie przychodzą do przygotowanego pokarmu. Oczywiście nie może to być mleko, które u kota wywołuje biegunkę, ale trochę wody i karma. W okresie zimowym to jest konieczność. Jednak nie dziwię się czasem niechęci lokatorów, jeśli ich sąsiedzi wyrzucają pokarm przez okna. To się potem wala gdzieś na podwórkach. Koty powinny być dokarmiane w jednym miejscu, należy zachować jakieś warunki sanitarne, sprzątnąć resztki jedzenia.

- Ważna jest chyba także kontrola ilości zwierząt.


- Tak, stowarzyszenie Help Animals we współpracy z Urzędem Miasta Kalisza podjęło się sterylizacji kotów. To jest bardzo ważne, bo nadpopulacja byłaby opłakana w skutkach. Na dziesięć wolno żyjących kotów przeżywają dwa. Reszta łapie choroby, ginie w wypadkach, umiera z głodu itd. Po co doprowadzać do takich tragedii, jeśli można wysterylizować i ograniczać tę nadpopulację?

- Gdybym sama chciała zlapać takiego dzikiego kota, to jak powinnam się zachowywać?


- Nie warto łapać kotów samodzielnie. Koty gryzą i drapią. Nie da się ich opanować tak jak psa. Najlepiej do nas zadzwonić, mamy klatki-pułapki, możemy je wypożyczyć. Tych klatek nie można też tak zostawić bez nadzoru, ktoś mógłby je przecież ukraść. Poza tym złapane zwierzę będzie w szoku. Kota złapanego w taką klatkę odbieramy i wieziemy do lecznicy. Nikt z nas nie pracuje na etacie w stowarzyszeniu, mamy jeszcze inne obowiązki, pracę, dlatego namawiamy kaliszan do czynnej współpracy.
Bardzo pomocna jest także straż pożarna, szczególnie w trudnych sytuacjach, kiedy na przykład trzeba zwierzę wyłowić z rzeki. Na co dzień współpracujemy ze strażą miejską, jeździmy z nimi na interwencje. Nie chcemy doprowadzać do konfliktów i dlatego bierzemy ich asystę. Z kolei oni do nas dzwonią, kiedy dostają zgłoszenie o zaniedbanym zwierzęciu. Jeździmy wspólnie. Dlatego, jeśli spotkamy zwierzę w zagrożeniu, warto dzwonić do nas, do straży miejskiej lub do straży pożarnej, jeśli wymaga tego sytuacja.

- Jak uratowane przez was koty przystosowują się do nowego otoczenia?


- Jeśli kot jest częściowo oswojony, to jest szansa, że będąc w mieszkaniu w mieszkaniu przez półtora miesiąca, powinien się zaadoptować i stać normalnym, domowym kotem. Dopiero wtedy przekazujemy do adopcji, wcześniej jeszcze sterylizujemy. Unikamy oddawania kotów półdzikich, nieprzystosowanych do człowieka, chyba że ktoś rzeczywiście ma doświadczenie w postępowaniu z takimi zwierzętmi.
Najłatwiej socjalizują się kocięta. W ciagu miesiąca z małego, półdzikiego kociaka można zrobić przytulankę. Jakiś czas temu w pobliskiej piwnicy urodziło się kilka kociąt. Wzięliśmy je do domu i oswoiliśmy. Dzisiaj wszystkie już mają domy. Z dorosłym, dzikim kotem trzeba dać sobie spokój. Taki kot jest najszczęśliwszy w swoim otoczeniu. Powinny żyć na wolności.

- Czy Polacy zmienili podejście do psów i kotów? Czy są lepiej traktowane?


- Wydaje mi się, że tak. Jest większa świadomość. Ludzie wiedzą, że trzeba zwierzę leczyć, zaszczepić. Dba się o jego schronienie, pożywienie. Aczkolwiek nie wszędzie tak jest. Na ulicy Łódzkiej właściciel trzymał owczarka niemieckiego na mrozie. Zwierzę nie miało schronienia. Pojechaliśmy tam i wytłumaczyliśmy właścicielowi, jak powinien opiekować się psem. Dzisiaj ten pies ma piękną, dużą budę. Z kolei na Winiarach znaleźliśmy sukę z nowotworem. Właściciele nic sobie z tego nie robili, bo przecież to tylko pies. I tak zdechnie. Nie można bezczynnie patrzeć na takie okrucieństwo. Wraz z właścicielem zawieźliśmy psa do weterynarza i uśpiliśmy. Są też takie przypadki, kiedy ludzie wiedzą, że zwierzę cierpi, ale nie mają pieniędzy, by mu pomóc.
Powiedziałbym tak: w mieście ta świadomość jest coraz większa. Coraz więcej ludzi reaguje na tragedię zwierząt, dzwonią do nas. Zupełnie inaczej jest na wsi. W Józefowie było dwadzieścia głodnych psów. Kilka szczeniaków już zakopanych. Z głodu padły też krowy w tym gospodarstwie. Mówiono, że kiedy padły krowy, zgłodniałe psy wyjadały ich wnętrzności. Makabryczny widok. Ludzi na wsi niewiele obchodzi los zwierząt.
W ubiegłym roku naświetliliśmy sprawę wolno żyjących kotów prezydentowi miasta. Wiadomo, że nie może wydać dyspozycji o konieczności otwarcia okienek piwnicznych itd., jednak wykazał zrozumienie dla tego problemu. Wysłał pisma do zarządców budynków z prośbą o udostępnienie pomieszczeń dla kotów, o współpracę z tymi, którzy je dokarmiają. W tym roku miasto ma także przeznaczyć jakiś fundusz na sterylizację kotek. Zasponsorowało nam druk kilku tysięcy ulotek o sterylizacji; także stowarzyszenie w miarę możliwości finansowych będzie sterylizować. Przeprowadziliśmy akcję tanich sterylizacji, chociaż jej odbiór w środowisku lekarzy weterynarii był bardzo zły. Lekarze, którzy podjęli się tej akcji, będą odpowiadać przed Izbą Lekarsko-Weterynaryjną w Poznaniu za działania niezgodne z etyką lekarza, czyli reklamowanie tańszych zabiegów i wprowadzanie niezdrowej konkurencji. Jest to opacznie rozumiane. Nigdy nie chcieliśmy promować konkretnych lecznic. Chcieliśmy na próbę tylko zrobić taką akcję w dwóch lecznicach, z którymi mamy najlepszy kontakt. Ci lekarze na własną rękę próbowali podobne akcje zorganizować kilka lat temu. To był kompletny niewypał, zgłosiły się ze dwie osoby. Teraz zgłoszeń było około osiemdziesięciu. Już samo to świadczy o tym, jak rośnie świadomość w tym temacie.

- Ile kotów oddaliście w zeszłym roku do adopcji?


- Sto trzydzieści dwa.

- A ile z nich wróciło z powrotem? Musiały być i takie sytuacje.


- Dwa, może trzy. Szczerze mówiąc nie odnotowujemy tego, bo jeśli kot wraca, to znowu szukamy dla niego domu. Były też takie dwa przypadki, że sami odebraliśmy zwierzęta ludziom – akurat psy.

- Chcę wziąć od was kota, dzwonię z pytaniem o adopcję – i co dalej? Sprawdzacie mnie?


- Przede wszystkim – jedziemy do pani i przekazujemy kota w pani mieszkaniu. Rozmawiamy, oceniamy, mamy już spore wyczucie. W umowie zastrzegamy, że gdyby ktoś się rozmyślił, to nie może zwierzęcia przekazać dalej, tylko musi wcześniej skontaktować się z nami. Po adopcji przynajmniej raz spotykamy się z nowymi właścicielami. Często jest tak, że mamy z nimi stały kontakt, służymy pomocą, na przykład przy leczeniu.

- Współpracujecie także z Centrum ZOO w Galerii Kalisz.


- Tak. Na początku wszystko szło na zupełny żywioł – ktoś przynosił tam koty, ktoś adoptował. Teraz, gdyby chciała pani przynieść tam kota, to odeślą panią do nas. Taki kotek jest badany przez lekarza i jeśli jest zdrowy, zostawiamy go w Galerii. Tam te koty są naprawdę chętnie adoptowane. W ramach podanej wcześniej liczby kotów przekazanych przez nas do adopcji, są też koty z Galerii. Chętnych do zaopiekowania się zwierzętami jest wielu, nie tylko w Kaliszu. Koty trafiają też do innych miast: wkrótce dwa pojadą do Łodzi.

- Co poza adopcją można zrobić dla bezdomnych zwierząt?


- Współpracować z Help Animals. Jeździć z nami na interwencje, przekazywać pożywienie dla zwierząt, które jest potrzebne zwierzętom przebywającym w domach tymczasowych. Staramy się nie mówić o pieniądzach, chociaż wiadomo, że i one są potrzebne. Zachęcamy również do odpisywania 1% podatku.

Kaliskie Stowarzyszenie Pomocy dla Zwierząt Help Animals powstało w 2007 roku. Działa na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt oraz zapewnienia im niezbędnych warunków bytowania. Stara się kształtować właściwy stosunek do zwierząt i aktywnie zwalczać przejawy znęcania się nad zwierzętami. Swoje starania kieruje też na rzecz dobrostanu zwierząt ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt przebywających w schroniskach. Więcej informacji na stronie: helpanimals.pl oraz w zakładce Help Animals na Calisia.pl